Pisałam w ubiegłym sezonie o tym co mozna zrobic z szopą w ogrodzie i o moich planach w tym względzie. I właśnie przyszedł czas na realizację pomysłu .
Zaczęłam od reanimacji mebli ogrodowych.
Jest tak.
I tak.
A było tak.
Zastosowałam farby lateksowe co mi z malowania domowych ścian zostały.
Dodałam len leżakowy w pasy/ produkcja w Kamiennej Górze. który ma niesamowite kolory i jest do kupienia, /Aplikacja ze starej serwetki / second hand - 2 zł/ plus resztki tkanin i paski jedwabne.Na stoliku dekupaż.
W samej szopie kolega wstawił okna pozostałe z rozbiórki domu, zamontował półki i stary, ręcznie malowany , 6 ramienny żyrandol z Włocławka. Nie powiem- kozacko to wygląda ,bo żyrandol pałacowy prawie, a szopa ... jak to szopa.Mam na szczęście takiego kolegą co nie reaguje wytrzeszczem oczu na podobne prośby. Przyzwyczaił się, widać-bo znajomość nasza długa i serdeczna jest / Daruś - uściski/.
Ukwieciłam , dodałam stolik pomocnik , trochę bibeloto- gratów, lnianą , patchworkową zasłonę w drzwiach i woreczki na przydasie.
Szopowe ,, wnetrza ,, będą prezentowane w miarę sprzątania w/w- co jest związane z postępem budowy Chaty . W tej chili szopa służy głównie do przechowywania zgromadzonych materiałów budowlanych i elementów dekoracyjnych.
W sumie stworzyło się bardzo fajne miejsce do rozmaitych prac dekoratorskich i ogrodowych. Jest zacienione gęstą zielenią leszczynowych liści i znakomicie się tam podczas upału odpoczywa. Tyle że chwilowo występuje braku upału.
,,SZUKAŁEM TEGO W PARYŻU, SZUKAŁEM W BERLINIE I RZYMIE. A TO ZA OKNEM BYŁO . I MIAŁO POLSKIE IMIĘ,, JULIAN TUWIM
O DOMU
Chata jest stara, bardzo stara. Na jednej z belek stropowych ma wyciosaną datę 1830. Gazety , którymi wyklejone były jej ściany są równie wiekowe.Pieczołowicie zdjęłam to co się dało zdjąć i zrobię z nich kiedyś piękny collage.
Blisko dwustuletnia willa stojąca wcześniej u podnóża Bieszczad, została na nowo posadowiona na kawałku ziemi bardzo bliskiej mojemu sercu - otrzymanym w spadku po tej gałęzi rodziny z którą się szczególnie utożsamiam ,a zasady i tradycje w niej panujące stały się w większości moimi tradycjami.
Ziemia ta w której spędziłam dzieciństwo ,jest miejscem , które mnie wychowało i ukształtowało moją artystyczną wrażliwość, gdzie nadal mogę oddychać pełna piersią , jestem u siebie W DOMU i swoja.
Tutaj... mimo, że mam własne nazwisko , odniosłam znaczące sukcesy zawodowe i mam blisko 25 letni artystyczny dorobek - tutaj jestem nadal ,, Beatą od Rogalskich,, . W słowach tych zawiera się datowana od 1780 roku historia i nieposzlakowana opinia mojej rodziny. Jestem z tego dumna i nie ma dla mnie większego komplementu .
Dom stał w Krośnie do lata 2012 - kiedy go kupiłam, rozebrałam i przeniosłam w okolice Garwolina- realizując swoje marzenia o posiadaniu starego, . drewnianego domu, miejscu do własnej pracy twórczej, o szkole rękodzieła i przestrzeni gdzie będę mogła wyeksponować latami zbierane tkaniny, ubiory i inne kobiece utensylia , gdzie da się z tym wszystkim pięknie i spokojnie żyć.
Budowa a raczej odbudowa- trwa i będzie jeszcze długo trwać- bo nie chcę niczego robić pochopnie , mam zamiar starannie wykonać wszystkie etapy a w starym ,drewnianym domu nie da się niczego przyspieszyć.
Idea tej budowy jest taka ,żeby to co się da- było oryginalne , z epoki, ale też drugiej ręki, z recyclingu i używane.
Mam więc pewien ambitny dość program, bo dom ma blisko 400 mkw powierzchni ...
Blog jest poświęcony zmaganiom z w/w materią, ale też mówi o mojej dumie i radości jaką odczuwam uczestnicząc w odtwarzaniu maluśkiego kawałka naszego , mojego, polskiego dziedzictwa- który jest mi dany... Zapraszam.
Blisko dwustuletnia willa stojąca wcześniej u podnóża Bieszczad, została na nowo posadowiona na kawałku ziemi bardzo bliskiej mojemu sercu - otrzymanym w spadku po tej gałęzi rodziny z którą się szczególnie utożsamiam ,a zasady i tradycje w niej panujące stały się w większości moimi tradycjami.
Ziemia ta w której spędziłam dzieciństwo ,jest miejscem , które mnie wychowało i ukształtowało moją artystyczną wrażliwość, gdzie nadal mogę oddychać pełna piersią , jestem u siebie W DOMU i swoja.
Tutaj... mimo, że mam własne nazwisko , odniosłam znaczące sukcesy zawodowe i mam blisko 25 letni artystyczny dorobek - tutaj jestem nadal ,, Beatą od Rogalskich,, . W słowach tych zawiera się datowana od 1780 roku historia i nieposzlakowana opinia mojej rodziny. Jestem z tego dumna i nie ma dla mnie większego komplementu .
Dom stał w Krośnie do lata 2012 - kiedy go kupiłam, rozebrałam i przeniosłam w okolice Garwolina- realizując swoje marzenia o posiadaniu starego, . drewnianego domu, miejscu do własnej pracy twórczej, o szkole rękodzieła i przestrzeni gdzie będę mogła wyeksponować latami zbierane tkaniny, ubiory i inne kobiece utensylia , gdzie da się z tym wszystkim pięknie i spokojnie żyć.
Budowa a raczej odbudowa- trwa i będzie jeszcze długo trwać- bo nie chcę niczego robić pochopnie , mam zamiar starannie wykonać wszystkie etapy a w starym ,drewnianym domu nie da się niczego przyspieszyć.
Idea tej budowy jest taka ,żeby to co się da- było oryginalne , z epoki, ale też drugiej ręki, z recyclingu i używane.
Mam więc pewien ambitny dość program, bo dom ma blisko 400 mkw powierzchni ...
Blog jest poświęcony zmaganiom z w/w materią, ale też mówi o mojej dumie i radości jaką odczuwam uczestnicząc w odtwarzaniu maluśkiego kawałka naszego , mojego, polskiego dziedzictwa- który jest mi dany... Zapraszam.
środa, 13 czerwca 2012
poniedziałek, 7 maja 2012
LALE PO WYPALE
W chwili przerwy w budowie , spowodowanej oczekiwaniem na stosowne dokumenty i pozwolenia- ciąg dalszy zabawy z wnetrzami w Chacie Której Nie Ma.
Lalki, czyli część mozaiki do jednej z łazienek - opuściły piec po szkliwieniu.
Są dokładnie takie jak chciałam. Jasne, cukierkowe, subtelne, kobiece.Mają od 35 do 42 cm wysokości - bo to ma być duża mozaika. Najpierw robię panny a potem wezmę się za tło- bo to już mogę wypalić w swoim art- clayowym, niedużym piecu.. Uzywałam szkliw Welte - w jaśniutkich piaskowo- rózowo- błękitnych odcieniach .Kładłam tez dużo transparentnego krakle, które to szkliwo bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.
Tu widać jak nabłyszcza, krakli i rozjaśnia szkliwo Sahara- z czego wniosek ze można je w miarę bezkarnie kłaść na inne szkliwa.
Poza tym robiłam ostatnio pewne bardzo szczególne zakupy do chaty. Otóz w Otwocku spłonął ,a może raczej nadpalił się stary zabytkowy Swidermajer. Uszkodzenia są tak duże ,że nie będzie remontowany lecz pójdzie do rozbiórki. Mogłam więc kupić te piekne stare okiennice wraz z dekorami, stare drzwi z kryształowymi gałkami i szybkami z prasowanego szkla - kazda w innym wzorze, bo przez 120 lat przeciez fragmenty były wymieniane.
Dom był stary , z 1890 roku,ale stolarka w znakomitym stanie , starannie zdemontowana przez zaprzyjaznionego pana- posłuzy jeszcze długie lata.
A jaki ma wdzięk??
Ach. ach
Bajka
Lalki, czyli część mozaiki do jednej z łazienek - opuściły piec po szkliwieniu.
Są dokładnie takie jak chciałam. Jasne, cukierkowe, subtelne, kobiece.Mają od 35 do 42 cm wysokości - bo to ma być duża mozaika. Najpierw robię panny a potem wezmę się za tło- bo to już mogę wypalić w swoim art- clayowym, niedużym piecu.. Uzywałam szkliw Welte - w jaśniutkich piaskowo- rózowo- błękitnych odcieniach .Kładłam tez dużo transparentnego krakle, które to szkliwo bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.
Tu widać jak nabłyszcza, krakli i rozjaśnia szkliwo Sahara- z czego wniosek ze można je w miarę bezkarnie kłaść na inne szkliwa.
Dom był stary , z 1890 roku,ale stolarka w znakomitym stanie , starannie zdemontowana przez zaprzyjaznionego pana- posłuzy jeszcze długie lata.
A jaki ma wdzięk??
Ach. ach
Bajka
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
STAŁO SIĘ, STAŁO SIĘ TO CO MIAŁO SIĘ STAĆ...
A więc stało się. Od poniedziałku do piątku odbywała się rozbiórka domu i przenosiny elementów na nowe miejsce.
Pięc dni horroru.
15 mężczyzn / ekipa stolarzy, kierowcy, pomocnicy / i jedna kobieta - czyli ja.
Drużyna męska w pełnym składzie...jeden histeryk, jeden furiat, piwosze/ czterech co najmniej/ , lenie i paranoicy - /większosć/ ,a na osłodę jeden pan z manią wielkości.
Aha .Byłabym zapomniała .....I jeszcze dupy wołowe. Z sześć .
No bo jakże tak... Dupy wołowej ani jednej by nie było/? Na 15 chłopa??
Nie może to być.
Takie rzeczy sie tam działy, że nie macie wyobrazenia...Normalna jatka..A to wszystko 380 km od domu na zupełnie obcym , nieznanym terenie i w potwornym stresie.
Trzymalam pion , buforowałam, latałam po piwo...
Z najsłodszym ze swych usmiechów łagodziłam konflikty pomiedzy kierowcami a ekipą stolarzy , gdy ci pierwsi nie tak JAK TRZEBA podstawiali samochody ,a ci drudzy NIE TAK ładowali drewno. Prosiłam i wyjasniałam najspokojniej jak umiem że na takich emocjach, posród wiazanek kwiecistych słów na ch. k i p... niczego nie da sie zbudować....że brnąc w ten konflikt ,przedłużają całą rozbiórkę narażają mnie na spore straty finansowe...
Spedziłam 2 dni i noce w aucie i posród tej hałastry, u kresu wytrzymałosci - myślałam, że właśnie spełniają się moje marzenia- a to przecież musi kosztować...
Byłam bardzo , bardzo spokojna.
Aż w końcu chłopaki przegięli..
Stolarze w piątek po południu oświadczyli ŻE NIE MAJĄ JUZ CZASU I JADĄ/-zostawiając kierowców i mnie w tzw lesie.
I wtedy nie wytrzymałam.
Starym ,dobrze wyćwiczonym tonem - którego ,gdy używałam drzewiej to nawet mój wielki , kudłaty owczarek kaukaski wolał się gdzieś schować-.... wygłosiłam 10 minutowy monolog i zrobiłam panom tzw podsumę , czytaj- zjebkę
Zapadła cisza.
Po godzinie wszystko co trzeba było starannie zapakowane , plandeki na przyczepy i samochody nałożone, a ciężarówki w rządku sparawnie odjechały . Ekipa stolarzy takoż, w uśmiechach i na tzw rauszu.
No i co wy na to?
Jak pragnę zdrowia... małe dzieci normalnie . Jakbym widziała moich synów co to- brykali, brykali aż dostali po klapsie .. A na moje pytanie -czy nie mają do mnie żalu- odpowiadali,, no coś ty mamo, przeciez nam sie należało,,
Tym panom też się widocznie należało...
Następnym razem to ja od zjebki zacznę....
Po całonocnej podróży powrotnej, krętymi drogami - z serca Bieszczad dotarliśmy na Mazowsze . I tu już poszło gładko bo w Zwoli ludzie normalne są / poza wyjątkami- naturalnie./
Dom został rozładowany , bale poukładane i okryte. Spokojnie, szybko i na temat.
Szczerze mówiąc - wygląda to wszystko niczym kompletna, pokryta pleśnią ruina ,ale kiedy zatelefonowałam do koleżanki ,która przestawiała stary dom - powiedziała mi ze to zawsze tak jest. Kupa zmurszałego drewna - a potem cukiereczek
Jestem przerażona...
Boże Drogi- ja wiem ze za marzenia się płaci, ale czemu aż tyle.......
Pięc dni horroru.
15 mężczyzn / ekipa stolarzy, kierowcy, pomocnicy / i jedna kobieta - czyli ja.
Drużyna męska w pełnym składzie...jeden histeryk, jeden furiat, piwosze/ czterech co najmniej/ , lenie i paranoicy - /większosć/ ,a na osłodę jeden pan z manią wielkości.
Aha .Byłabym zapomniała .....I jeszcze dupy wołowe. Z sześć .
No bo jakże tak... Dupy wołowej ani jednej by nie było/? Na 15 chłopa??
Nie może to być.
Takie rzeczy sie tam działy, że nie macie wyobrazenia...Normalna jatka..A to wszystko 380 km od domu na zupełnie obcym , nieznanym terenie i w potwornym stresie.
Trzymalam pion , buforowałam, latałam po piwo...
Z najsłodszym ze swych usmiechów łagodziłam konflikty pomiedzy kierowcami a ekipą stolarzy , gdy ci pierwsi nie tak JAK TRZEBA podstawiali samochody ,a ci drudzy NIE TAK ładowali drewno. Prosiłam i wyjasniałam najspokojniej jak umiem że na takich emocjach, posród wiazanek kwiecistych słów na ch. k i p... niczego nie da sie zbudować....że brnąc w ten konflikt ,przedłużają całą rozbiórkę narażają mnie na spore straty finansowe...
Spedziłam 2 dni i noce w aucie i posród tej hałastry, u kresu wytrzymałosci - myślałam, że właśnie spełniają się moje marzenia- a to przecież musi kosztować...
Byłam bardzo , bardzo spokojna.
Aż w końcu chłopaki przegięli..
Stolarze w piątek po południu oświadczyli ŻE NIE MAJĄ JUZ CZASU I JADĄ/-zostawiając kierowców i mnie w tzw lesie.
I wtedy nie wytrzymałam.
Starym ,dobrze wyćwiczonym tonem - którego ,gdy używałam drzewiej to nawet mój wielki , kudłaty owczarek kaukaski wolał się gdzieś schować-.... wygłosiłam 10 minutowy monolog i zrobiłam panom tzw podsumę , czytaj- zjebkę
Zapadła cisza.
Po godzinie wszystko co trzeba było starannie zapakowane , plandeki na przyczepy i samochody nałożone, a ciężarówki w rządku sparawnie odjechały . Ekipa stolarzy takoż, w uśmiechach i na tzw rauszu.
No i co wy na to?
Jak pragnę zdrowia... małe dzieci normalnie . Jakbym widziała moich synów co to- brykali, brykali aż dostali po klapsie .. A na moje pytanie -czy nie mają do mnie żalu- odpowiadali,, no coś ty mamo, przeciez nam sie należało,,
Tym panom też się widocznie należało...
Następnym razem to ja od zjebki zacznę....
Po całonocnej podróży powrotnej, krętymi drogami - z serca Bieszczad dotarliśmy na Mazowsze . I tu już poszło gładko bo w Zwoli ludzie normalne są / poza wyjątkami- naturalnie./
Dom został rozładowany , bale poukładane i okryte. Spokojnie, szybko i na temat.
Szczerze mówiąc - wygląda to wszystko niczym kompletna, pokryta pleśnią ruina ,ale kiedy zatelefonowałam do koleżanki ,która przestawiała stary dom - powiedziała mi ze to zawsze tak jest. Kupa zmurszałego drewna - a potem cukiereczek
Jestem przerażona...
| Kierownik Budowy |
niedziela, 8 kwietnia 2012
,,OBLUBIENICA MISTRZA,,
Wróciłam do ceramiki czas jakiś temu. Nie pisałam bo proces ceramiczny długi jest - zwłaszcza jeśli się z cudzej pracowni korzysta ... i nie wiedziałam jak będzie szło po tak długiej przerwie. Ale poszło jakoś
.Chodzę na zajęcia do pracowni Joanny Duckiej Dembeckiej http://joannadd.pl/, która to pracownia znajduje się w Józefowie a więc niemalże za rogiem. Dosłownie przez rzekę mam do niej.
Joanna jest niezwykle utalentowanym ceramikiem , ma anielską cierpliwość a dziewczyny z grupy są przesympatyczne i każde spotkanie to właściwie prywatka jest. Lecę tam jak na skrzydłach i nie ma mowy żeby nie być.Z racji budowy pomyślałam o łazienkach w Chacie/ co to ich jeszcze nie ma oczywiście/.
Mam pewien ulubiony temat który, jest ze mną od zawsze i był realizowany w wielu technikach , a mianowicie ,,Lalki., Stary pomysł , jeszcze ze studiów- tym razem popełnię w ceramice.
.Chodzę na zajęcia do pracowni Joanny Duckiej Dembeckiej http://joannadd.pl/, która to pracownia znajduje się w Józefowie a więc niemalże za rogiem. Dosłownie przez rzekę mam do niej.
Joanna jest niezwykle utalentowanym ceramikiem , ma anielską cierpliwość a dziewczyny z grupy są przesympatyczne i każde spotkanie to właściwie prywatka jest. Lecę tam jak na skrzydłach i nie ma mowy żeby nie być.Z racji budowy pomyślałam o łazienkach w Chacie/ co to ich jeszcze nie ma oczywiście/.
Mam pewien ulubiony temat który, jest ze mną od zawsze i był realizowany w wielu technikach , a mianowicie ,,Lalki., Stary pomysł , jeszcze ze studiów- tym razem popełnię w ceramice.
Surowa glina
|
wtorek, 20 marca 2012
,, GDZIE JESTEŚ MAŁY KSIĄŻĘ...,,- część pierwsza
| Panel centralny do narzuty nr 1 |
Odkurzyłam moje zbiory tkanin na patchworki i robię jednocześnie 3 narzuty - bo do wspólnego pomieszczenia są przeznaczone, więc i charakter powinny mieć spójny.
| Panel główny do narzuty nr 2 |
A poniżej wstępny szkic- czyli poskładany na podłodze kawałek patchworku. W sumie szkic zwykle się na papierku robi, ale w wypadku patchworku to nic nie daje bo w wiekszej skali istotny jest wzór, ułożenie i proporcje kolorów.
Kompozycja będzie banalnie prosta- z kwadratów . Panele centralne - będą raczej z tych bogatych i fakturami koronek zadziałam.Pewnie całosc zamknę bordiurą z lnu w paseczki , który jest także tłem do głownych paneli.
Zastanawiam się czy zastosować taśmy . Są takie urocze i aż się prosi, ale czy aby nie za wiele będzie?
| Dodać taśmy??? czy nie dodawać? |
| W zestawieniu z porcelaną- urocze. |
Przyznam ze nawet lampki nocne w różyczki kupiłam do tego pokoju...I dobrze bo budowa chaty nabrała takiego przyspieszenia ze ruszamy zaraz po świętach .I bardzo fajnie bo dosyć trudno się szyje narzuty na łózka których nie ma.Tak wiem- jestem narwana ,ale przecież lojalnie uprzedzałam..
| Przesłodki pierdolniczek na stole w pracownie. Uwielbiam. |
piątek, 16 marca 2012
SZUMI DOKOŁA LAS....
Byłam wczoraj w swoim lesie gdzie brałam udział w tzw ,, odbijaniu ,, drzew do wycinki. Ma ich być 25 a posłużą do odeskowania stropu, dachu i dadzą materiał na podłogi . Z wielkim żalem się do tego zabierałam bo ,, cóż jest piękniejszego nad wysokie drzewa,, a te moje istotnie wysokie są.
Jednakowoż pan leśniczy, który owo odbijanie wykonywał powiedział ,że wg dokumentów drzewostan ma 120 lat i należy wyciąć sosny bo i tak zaraz umrą. No to nastrój trochę mi się poprawił.
Poza tym- jaką mam alternatywę ?? Podbitki z płyty osb? Żeby mnie potem przez 20 lat głowa bolała?? I Was??. Żebyśmy uczuleń dostawały?
I co z tego że płyta daje równiuśki , niczym od żylety - dach?
Stary dom , ściany cięte siekierką i dach bez skazy ???
Obejdzie się....
Wycinka drzew nie jest sprawą prostą.Nielegalna -słusznie słono kosztuje , a legalna wymaga złożenia w gminie stosownych dokumentów ,wizyty w lesie pana leśniczego w towarzystwie właściciela , a potem pozwolenia z nadleśnictwa i dopiero można ciąć.
Ja wędrowałam po lesie w sporej gromadzie bo poprosiłam o uczestnictwo panów którzy są właścicielami działek sąsiednich... tak na wszelki wypadek żeby uniknąć pomyłek i nie wyciąć czegoś co do mnie nie należy.Był też z nami Grzegorz.
Hmmm .. faktem jest ze spędziłam w tej mojej Zwoli dzieciństwo, znam tam ludzi, miejsca i każdy kąt. Ale tez faktem jest, że teraz , po latach nadszedł czas by zapoznać się z tym wszystkim na nowo , spojrzeć świeżym okiem i da Bóg- na nowo zachwycić.
Grzegorz- był kiedyś małym Grzesiem -pięknym chłopczykiem z burzą jasnych loków .Najmłodszym synem pani, która uprzyjemniała mi dzieciństwo i młodość szyjąc dla mnie ubrania , a ścinki od niej otrzymywane wywarły wielki wpływ na moje życie .Dzięki nim rozkochałam sie bowiem w tkaninach a potem już jakos poszło.
Dziś Grześ jest poważnym mężem i ojcem. Właścicielem tartaku, domu, i wyobrażcie sobie - kilku pasiek . Bo Grzegorz ma pasję- hoduje pszczoły , jeżdzi na szkolenia, buduje ule, kupuje do tych uli stosowne dekoracje w stylu wóz drabiniasty- ściągniety z innego województwa....
Zakręcony, zakręcony tyle, że jak najbardziej pozytywnie.
Gość jest bardzo zajęty, ale z uśmiechem na ustach zdjął mi z barków wszystkie obowiązki zwiazane z obsłużeniem planowanej wycinki. Znalazł ludzi do ciecia i zwózki .
Coś co zdawało się być niezwykle trudnym zadaniem - bo przecież ja jeszcze nie nauczyłam się na tej mojej wsi na nowo poruszać i nie mam pojęcia o obróbce drewna- to wszystko dzięki Grzesiowi stało się łatwe i proste. Kocham takich ludzi... którzy do zadań podchodzą z uśmiechem na twarzy i słowami,, Damy radę Beata,,
Dzięki Grzesiu. Wygląda na to że rzeczywiście damy rade - bo spotkałam na swojej drodze anioła.
I posłuchajcie dalej. Grzegorz hoduje pszczoły... tak? Pszczoły wytwarzają wosk?? No to Grzegorz robi z tego wosku- uważacie- świece.
Sam robi. Wszystko. Formy z silikonu , odlewy.
Uważam ze mu niesamowicie to wychodzi bo nie wiem jak Wy, ale ja pierwszy raz zetknęłam się z barokowymi świecami z pszczelego wosku.... Jak dla mnie - odjazd.
Wyobrażcie sobie ... Wieczór... My po zajęciach z głowami naładowanymi twórczo, pełnymi pomysłów , umęczone ale zadowolone . Na stole nalewka na grzesiowym eko - miodzie i blask tych pięknych świec...
LUDZIE ... JA BĘDĘ MIESZKAĆ W RAJU...
Jednakowoż pan leśniczy, który owo odbijanie wykonywał powiedział ,że wg dokumentów drzewostan ma 120 lat i należy wyciąć sosny bo i tak zaraz umrą. No to nastrój trochę mi się poprawił.
Poza tym- jaką mam alternatywę ?? Podbitki z płyty osb? Żeby mnie potem przez 20 lat głowa bolała?? I Was??. Żebyśmy uczuleń dostawały?
I co z tego że płyta daje równiuśki , niczym od żylety - dach?
Stary dom , ściany cięte siekierką i dach bez skazy ???
Obejdzie się....
Wycinka drzew nie jest sprawą prostą.Nielegalna -słusznie słono kosztuje , a legalna wymaga złożenia w gminie stosownych dokumentów ,wizyty w lesie pana leśniczego w towarzystwie właściciela , a potem pozwolenia z nadleśnictwa i dopiero można ciąć.
| Tu widzimy przemiłego Pana Leśniczego z potężnym narzędziem do numerowania drzew. |
| Narzędzie z bliska. Imponujące co? |
| Odbicie- tak właśnie to wygląda... |
Hmmm .. faktem jest ze spędziłam w tej mojej Zwoli dzieciństwo, znam tam ludzi, miejsca i każdy kąt. Ale tez faktem jest, że teraz , po latach nadszedł czas by zapoznać się z tym wszystkim na nowo , spojrzeć świeżym okiem i da Bóg- na nowo zachwycić.
Grzegorz- był kiedyś małym Grzesiem -pięknym chłopczykiem z burzą jasnych loków .Najmłodszym synem pani, która uprzyjemniała mi dzieciństwo i młodość szyjąc dla mnie ubrania , a ścinki od niej otrzymywane wywarły wielki wpływ na moje życie .Dzięki nim rozkochałam sie bowiem w tkaninach a potem już jakos poszło.
Dziś Grześ jest poważnym mężem i ojcem. Właścicielem tartaku, domu, i wyobrażcie sobie - kilku pasiek . Bo Grzegorz ma pasję- hoduje pszczoły , jeżdzi na szkolenia, buduje ule, kupuje do tych uli stosowne dekoracje w stylu wóz drabiniasty- ściągniety z innego województwa....
Zakręcony, zakręcony tyle, że jak najbardziej pozytywnie.
Gość jest bardzo zajęty, ale z uśmiechem na ustach zdjął mi z barków wszystkie obowiązki zwiazane z obsłużeniem planowanej wycinki. Znalazł ludzi do ciecia i zwózki .
| Grzegorz to ten pan z toporkiem w reku. |
Dzięki Grzesiu. Wygląda na to że rzeczywiście damy rade - bo spotkałam na swojej drodze anioła.
I posłuchajcie dalej. Grzegorz hoduje pszczoły... tak? Pszczoły wytwarzają wosk?? No to Grzegorz robi z tego wosku- uważacie- świece.
Sam robi. Wszystko. Formy z silikonu , odlewy.
Uważam ze mu niesamowicie to wychodzi bo nie wiem jak Wy, ale ja pierwszy raz zetknęłam się z barokowymi świecami z pszczelego wosku.... Jak dla mnie - odjazd.
Wyobrażcie sobie ... Wieczór... My po zajęciach z głowami naładowanymi twórczo, pełnymi pomysłów , umęczone ale zadowolone . Na stole nalewka na grzesiowym eko - miodzie i blask tych pięknych świec...
LUDZIE ... JA BĘDĘ MIESZKAĆ W RAJU...
| JESTEM Z MIASTA- TO WIDAĆ.... |
środa, 29 lutego 2012
POLONEZA CZAS ZACZĄĆ....
Żle się zaczęło. Albo zanim się zaczęło- to się skończyło. Otóż pan Tomasz Piórkowski - architekt dostał 28 września ubiegłego roku - zlecenie na zaprojektowanie szkoły. Projektował , projektował i zaprojektować nie mógł. Zaliczkę wziął, na spotkania się umawiał- a projektu jak nie było tak nie było. Czas płynął i jakoś tak z miesiąc temu naprawdę nerwowa się zrobiłam.
Zaczęłam gościa naciskać, a on opowiadał dyrdymały w stylu ,, jeszcze podpis taki ... i jeszcze jeden,, aż w końcu zrozumiałam że pan się ze mną bawi w kotka i myszkę . Teraz inna pani projektuje szkołę a ja straciłam 5 miesięcy przez niekompetentnego , kłamliwego facecika przed którym ostrzegam.
Jednakowoż trochę spraw się popchnęło, np wycinkę drzew do budowy-którą zaordynowałam na przyszły tydzień.Przykro mi będzie je wycinać , ale ja z tych akurat jestem co jeśli wytną to potem dosadzą.
Nawet dosadzą przedtem niż potem, bo wszak dookoła szkoły / której nie ma/ posadziłam jesienią 100 leszczyn i jodły kalifornijskie.
Porobiłam tez ostatnio trochę fajnych zakupów - w tym kilka par cudnych starych drzwi.Bardzo stylowe są i zużyte jak trzeba ,ale nie zanadto.
No i popatrzcie na stare wrzeciona kupione na Allegro. Niektóre jeszcze z nawiniętą, uprzędzioną wełną.
To,, coś ,,zrobione z rozwidlonych gałązek -co jak się nazywa wie nasza Ela - Damroka / a skoro wie niech podpowie/ ,więc to urządzenie służyło podobno do nawijania nań kłębów zgręplowanego runa. Ja się z tym spotkałam pierwszy raz bo w moich stronach tego nie używano.Jednakowoż pomoc naukowa - super.
Dzień dziś mieliśmy naprawdę piękny , wczoraj horror, a od rana - wiosna w pełnym rozkwicie. Miałam przedsmak, zajawkę tego, co mnie niebawem czeka.Trudny to będzie czas- pełen bieganiny i nerwów ,ale zarazem bardzo twórczy i owocny. Termin ostateczny na przeniesienie domu - 15 maja .
Trzymajcie kciuki żeby mi się ilość startów zgadzała z ilością lądowań, bo coś mi się widzi ,że najbardziej pożądaną umiejętnością tej wiosny - będzie zdolność do wyrabiania się na zakrętach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




